Zimowa historia… ( część I)

 Zapewne lubicie historie z życia, które nie mają logicznego wyjaśnienia. Chcę Wam przedstawić historię, która wydarzyła się naprawdę, a której do dzisiaj nie potrafię zrozumieć…

 

Oto moja zimowa historia…

Tak jak pisałam wcześniej, opowiem Wam o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce, gdy chodziłam jeszcze do podstawówki. Mieszkałam wówczas przez pewien okres mego życia u babci na wsi, gdyż rodzice stawiali dom. Pamiętam, jak gdyby to było wczoraj…

Była zima, a ja do szkoły miałam jakieś 2 km. Od rana przeraźliwie wiało i sypał delikatnie śnieg. W zasadzie do szkoły dotarłam bez problemu. Jednak kiedy w godzinach popołudniowych opuszczałam budynek szkolny, śnieg sypał tak gęsto, że widoczność ograniczała się do zasięgu 50 m! Przez pół kilometra nie było źle, gdyż szłam w grupie kolegów i koleżanek. Za torami kolejowymi moja wędrówka do domu rozpoczęła się w samotności. Niby nic strasznego, ale tego dnia ta droga strasznie mi się dłużyła. Musiałam iść powoli, gdyż jak okiem sięgnąć, na przestrzeni ponad kilometra nie było żadnego domostwa. Drogi też nie było widać, gdyż wszystko wokół było zasypane. Bałam się, że niechcący zejdę z drogi i wpadnę w któryś z rowów znajdujących się po obu stronach drogi. A były one dość głębokie i z pewnością trudno mi byłoby się z takiego rowu wydostać. Szłam więc trochę na wyczucie.

I co było dalej?

Jakież było moje zadowolenie, gdy dotarłam do miejsca drogi, pod którą płynął w okresie letnim strumyk. Wiedziałam już, że do domu pozostała mi połowa drogi. Po przejściu około 10 metrów stanęłam na rozdrożu dróg jak wryta, bo nie wiedziałam, w którą stronę mam iść. Gdzie bym się nie obejrzała, wokół mnie rozciągała się biała przestrzeń z sypiącym śniegiem. Wtedy przestraszyłam się nie na żarty! Wiedziałam tylko, że muszę iść drogą w lewo, bo w tamtym kierunku mieszkałam z moją babcią. Zaczęłam powolutku posuwać się do przodu. Starałam się iść po środku, gdyż tak było bezpieczniej.

Jak na złość śnieg padał coraz gęściejszy, a mnie robiło się coraz zimniej. Nie byłam już taka pewna, czy gdzieś po drodze nie zamarznę. Przez cały czas pod nosem prosiłam babcię, aby po mnie wyszła. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie dam rady dalej iść, że muszę odpocząć. Przystanęłam i spojrzałam przerażona przed siebie. W pierwszym odruchu nie wiedziałam, czy mi się wydaje, czy widzę zarys postaci ludzkiej. Wstąpiły we mnie nowe siły i zaczęłam przedzierać się przez wiatr i śnieg w tamtym kierunku. Po chwili z oddali rozpoznałam kraciastą chustę mojej babci, która machała do mnie z daleka.

Zapraszam na dalszą część tej nietypowej zimowej historii…