Słowiańska duchowość bez filtrów: między mokrym polem a gromem nad głową
Duchowość dawnych Słowian wyrastała z gliny pod paznokciami, z mokrych łąk, z bicia serca stada i z realnego lęku przed burzą. Mokosz i Perun nie byli delikatnymi symbolami do kontemplacji przy świeczce. Byli powiązani z bólem kręgosłupa po orce, z realnym zagrożeniem pożaru od pioruna, z niepewnością, czy zboże dojrzeje przed zimą. Zrozumienie ich bez romantycznych filtrów oznacza zejście z poziomu „słowiańskiej magii” rodem z Instagrama do poziomu ziemi, błota i dymu z paleniska.
W otoczce współczesnej „słowiańskości” często ginie to, co było fundamentem: praktyczny, twardy związek z przeżyciem. Kult Mokoszy i Peruna nie był dodatkiem do życia – był jedną z metod przetrwania. Uroczystości, zaklęcia, ofiary i rytuały miały konkretny cel: deszcz, urodzaj, bezpieczeństwo przed wojną i pożarem, płodność ludzi oraz zwierząt. Zanim pojawią się rozważania o „energii boskiej kobiecości” i „mocy gromu w duszy wojownika”, sensowne jest przyjrzenie się, co te bóstwa znaczyły dla ludzi, którzy nie mieli ubezpieczenia upraw ani straży pożarnej.
Religijność przedpiśmiennych Słowian była kompozycją strachu, szacunku, praktyki i przyzwyczajenia. W świecie, gdzie pojedyncza burza mogła zniszczyć plony, a choroba bydła oznaczała głód, Perun i Mokosz byli partnerami w negocjacjach o przetrwanie. Te negocjacje prowadziło się ofiarami, obrzędami, zakazami, a także codziennymi drobnymi gestami – splunięciem przez lewe ramię, przywiązaniem wstążki, odmówieniem przekleństwa w „złym momencie”.

Mokosz: Pani wilgoci, pracy i ryzyka codzienności
Etymologia i prawdopodobne pierwotne znaczenia imienia Mokosz
Imię Mokosz wiązane jest zwykle z rdzeniem *mok- – „mokry, wilgotny”. To nie przypadek. W społeczeństwie rolniczym wilgoć to kwestia życia i śmierci: zbyt mało – susza i głód, zbyt dużo – powódź, pleśń, choroby roślin. Postać Mokoszy koncentruje w sobie całe napięcie związane z żywiołem wilgoci i ziemi.
Badacze łączą ją także z pojęciami miękkości, elastyczności, podatności na kształtowanie. Ziemia, która przyjmuje ziarno. Ciało kobiety, które przyjmuje nasienie i rodzi. Wełna lub len, które dają się prząść i tkać. W tym sensie Mokosz jest patronką wszystkiego, co miękkie, podatne i zależne od długiej, powtarzalnej pracy.
Bez romantycznych filtrów oznacza to, że nie jest to jedynie „bogini matka”, lecz także uosobienie ryzyka i wysiłku związanego z kobiecą codziennością: porodem w warunkach bez medycyny, przędzeniem przy słabym świetle, praniem w lodowatej wodzie, pilnowaniem, by zapasy nie spleśniały. Nic z tego nie ma w sobie instagramowej lekkości.
Mokosz jako patronka pracy kobiecej, przędzenia i „brudnej roboty”
W wielu podaniach i rekonstrukcjach pojawia się obraz Mokoszy jako opiekunki prządek i tkaczek. Przędzenie, szycie, tkanie i wszelkie domowe rzemiosła były nie tylko „kobiecym zajęciem”, ale warunkiem istnienia rodziny. Bez przędzy nie ma odzieży, bez odzieży – ochrony przed zimą, bez ochrony – chorób i śmierci. To była logistyka przetrwania.
W tradycjach słowiańskich zachowały się wzmianki i echa zwyczajów, w których:
- w określone dni nie wolno było prząść ani szyć, by „nie urazić” opiekuńczych sił (łączy się to często z postacią Mokoszy lub późniejszych świętych kobiet),
- symboliczne ofiary z nici, wstążek, fragmentów tkanin składano przy źródłach, drzewach czy kamieniach,
- łączono nić z losami człowieka – przecięcie, złamanie, splątanie niosło skojarzenia z chorobą, śmiercią, pechem.
Postać Mokoszy stoi na przecięciu tych wyobrażeń: praca, los, ciało i ziemia to jeden system naczyń połączonych. Kto rozumie, że każda przerwana nić to realny brak skarpety na zimę, inaczej patrzy na kult bogini prządek.
Wilgoć, ziemia i płodność bez słodkiego retuszu
Płodność w starych podaniach nie jest pastelowym obrazkiem matki z dzieckiem. To przede wszystkim przetrwanie rodu i wspólnoty. Wysoka śmiertelność dzieci, brak antybiotyków, powikłania okołoporodowe – w tym kontekście „opiekunka płodności” jest kimś, z kim trzeba być w dobrych stosunkach, bo od tego zależy liczebność ludzi zdolnych uprawiać ziemię i bronić osady.
Mokosz jako Pani wilgoci obejmuje swoim patronatem:
- wilgoć ziemi – plony, korzenie, zboże,
- wilgoć ciała – krew menstruacyjną, mleko, płyny ustrojowe,
- wilgotne miejsca w krajobrazie – źródła, mokradła, bagna.
Te sfery są jednocześnie życiodajne i niebezpieczne. Bagno może dać schronienie przed wrogiem, ale też wciągnąć i zabić. Obfita menstruacja w kulturze bez medycyny to ryzyko wykrwawienia i osłabienia, a nie „magiczna pełnia kobiecości”. Deszcz może przynieść urodzaj, ale i gnicie ziarna. Mokosz nie jest więc wyłącznie łagodną matką – jest także strażniczką granicy między „w sam raz” a „za dużo”.
Dla praktykujących współczesną duchowość słowiańską oznacza to konieczność pracy także z tym, co niewygodne: z krwią, chorobą, smutkiem po poronieniu, lękiem przed starzeniem, a nie tylko z estetycznymi obrazami boskiej kobiecości.

Perun: gromowładny sędzia w świecie bez piorunochronu
Perun jako bóg burzy, wojny i porządku społecznego
Perun jest dla dawnych Słowian kimś więcej niż „bogiem piorunów”. W społeczeństwie, gdzie nie ma centralnego państwa ani systemu sądów w dzisiejszym rozumieniu, porządek opiera się na sile, zwyczaju i strachu przed karą ze strony sił wyższych. Perun pełni tu rolę:
- strażnika przysięgi – kto przysięga „na Peruna”, ryzykuje, że kłamstwo ściągnie na niego piorun lub inną formę boskiej zemsty,
- patrona wojowników – burza i bitwa są do siebie podobne: huk, błysk, chaos, śmierć znikąd,
- gwaranta kosmicznego porządku – stoi po stronie ładu przeciwko chaosowi (często personifikowanemu jako węże, smoki, wodne i podziemne siły).
Grom w świecie Drewnianych chat i strzech to realne zagrożenie pożarem. Każda większa burza mogła spalić czyjąś stodołę, zabić bydło, zniszczyć zapasy. Nic dziwnego, że „gniew Peruna” był bardzo konkretnym lękiem, a obrzędy miały uspokoić nie tylko metafizyczny, ale i fizyczny grom.
Piorun jako wyrok – jak postrzegano burzę i grzmot
W podaniach i ludowych interpretacjach, również tych zapisanych już w epoce chrześcijańskiej, błyskawica traktowana była często jako bezpośrednia interwencja sił wyższych. Łączono ją z:
- karą za krzywoprzysięstwo lub poważne przewinienie,
- walką Peruna z istotami z podziemi (smoki, węże, demony),
- próbą „przepalenia” skażonego miejsca – rzekome siedlisko czarów lub złych duchów.
Z tego wynikały bardzo praktyczne zachowania, które łatwo dziś zbyć jako „zabobon”, ale były częścią duchowości:
- zakaz stawania pod samotnym drzewem podczas burzy – tłumaczony nie fizyką, lecz „upodobaniem Peruna do starych dębów”,
- nakaz gaszenia ognia w chacie i zachowania ciszy, by „nie prowokować gromu”,
- przepisy dotyczące przechowywania żelaznych przedmiotów – interpretowane jako związane z „pociągiem gromu do żelaza”.
Wszystko to tworzy system, w którym Perun jest stale obecny w decyzjach dnia codziennego. Nawet jeśli większość ludzi nie rozumiała przyczyn fizycznych burzy, mieli wypracowany zestaw praktycznych reguł, spiętych opowieścią o bogu gromu.
Perun jako patron wojny, zemsty i brutalnej sprawiedliwości
Oprócz sfery pogodowej Perun obejmuje swoim zasięgiem przemoc – w wymiarze indywidualnym i zbiorowym. Nie jest to „miły opiekun wojownika”, ale personifikacja brutalnej, często ostatecznej sprawiedliwości. W realiach, w których spory o ziemię czy bydło mogły przerodzić się w krwawe napaści, odwołanie się do Peruna bywało ostatnim argumentem.
Ślady tych wyobrażeń widać chociażby w:
- praktyce składania przysięgi na broń i na „gromowładnego boga”,
- powiedzeniach, w których „grom” ma dosięgnąć kłamcy, złodzieja, zdrajcę,
- symbolice topora, maczugi czy młota – przedmiotów kojarzonych z nagłą, rozstrzygającą siłą.
Współczesne próby „udomowienia” Peruna jako spokojnej męskiej energii bez agresji rozmijają się z pierwotnym kontekstem. Perun zawsze niesie ze sobą cień przemocy: zarówno tej usprawiedliwionej (obrona wspólnoty), jak i niebezpieczeństwa jej nadużycia. Praca duchowa w jego kręgu wymaga zmierzenia się z własną agresją, żądzą zemsty, pokusą „rozwiązania wszystkiego siłą”, zamiast uszlachetniania burzy w poetycki symbol.

Relacja Mokosz – Perun: napięcie, uzupełnianie, nieromantyczna para sił
Oś: niebo – ziemia, suchość – wilgoć, porządek – zmienność
W wielu rekonstrukcjach religii Słowian Mokosz i Perun ustawiani są na symbolicznych biegunach:
| Aspekt | Mokosz | Perun |
|---|---|---|
| Żywioł | Ziemia, woda, wilgoć | Niebo, ogień, suchy piorun |
| Sfera | Codzienna praca, płodność, ciało | Prawo, wojna, burza, wyrok |
| Czas | Cykliczność, powtarzalność | Nagłe przełomy, kryzysy |
| Relacja z ludźmi | Stała opieka i ryzyko zaniedbania | Rzadkie, ale drastyczne ingerencje |
Taki układ nie oznacza romantycznej „boskiej pary kochanków”, lecz system dynamicznej równowagi. Zbyt wiele wilgoci – plony gniją, bagna rozszerzają się, choroby się szerzą. Zbyt wiele ognia – susza, pożary, głód. Zbyt dużo codziennej miękkiej pracy bez hierarchii – chaos. Zbyt wiele twardego porządku bez zrozumienia rytmów natury – bunt i katastrofy.
W tym sensie Mokosz i Perun reprezentują dwa niezbędne wymiary świata, które ludzie musieli uwzględniać w każdej poważnej decyzji: czy to małżeńskiej, czy dotyczącej wyprawy wojennej, czy wyboru miejsca pod nową osadę.
Zderzenie duchowości codziennej z duchowością kryzysu
Mokosz wiąże się z duchowością codzienności. Jest obecna przy:
- każdym praniu, gotowaniu, przędzeniu,
- ciąży, połogu, karmieniu,
- oraniu pola, sianiu, zbiorach,
- doglądaniu zapasów, zabezpieczaniu domu na zimę.
Perun z kolei przejawia się w momentach kryzysu:
- podczas burzy niszczącej plony lub budynki,
- w trakcie wojennych wypraw i najazdów,
- w sytuacjach łamania przysięgi, zdrajstwa, krwawych sporów.
Rytuały na styku Mokoszy i Peruna: praca, burza i krew
W przekazach etnograficznych i rekonstrukcjach dawnych obrzędów widać miejsca, gdzie domeny Mokoszy i Peruna stykają się tak blisko, że trudno je od siebie oddzielić. Z perspektywy wspólnoty wiejskiej rok był przeplatany momentami, gdy trzeba było „dogadać” niebo z ziemią – zapewnić deszcz bez gradobicia, urodzaj bez powodzi, ochronę przed wrogiem bez ciągłej eskalacji przemocy.
Najwyraźniej widać to przy:
- obrzędach błagalnych o deszcz – łączących modlitwy do sił burzy z procesjami po polach, polewaniem ziemi wodą, przystrajaniem źródeł i studni,
- świętach przejścia pór roku – gdzie w jednym ciągu praktyk pojawia się ogień (ogniska, palenie gałęzi) i woda (obmywanie, skrapianie, wrzucanie ofiar do rzek i stawów),
- rytuałach związanych z wojną – kiedy przed wyprawą wojenną proszono Peruna o zwycięstwo, a Mokosz o to, by ziemia „przyjęła” poległych i by wioski, z których mężczyźni odeszli, przetrwały bez nich.
W tradycji ludowej jeszcze długo po chrystianizacji zachowywały się echa takich praktyk: kobiety obchodziły pola z ikoną Bogurodzicy (podszytą funkcją Mokoszy), a mężczyźni ślubowali świętym „od gromu”, którzy przejęli część funkcji Peruna. Z zewnątrz wygląda to jak pobożność chrześcijańska, ale układ ról i lęków jest starszy niż lokalny kościół.
Ciało jako pole napięcia: krew, pot, sperma i błyskawica
Religijność przednowoczesna nie odrywała się od ciała. Ciało było mapą, po której „chodziły” siły Mokoszy i Peruna. Z dzisiejszej perspektywy widać to brutalnie jasno:
- krew menstruacyjna, krew porodowa, mleko – leżały po stronie Mokoszy, miały swoje tabu i nakazy higieniczne rozumiane jako nakazy duchowe,
- krew przelana w walce, pot wojownika, sperma – wiązano bardziej ze sferą Peruna i ogólnie sił męskiej przemocy i płodzenia.
Nie chodziło o prosty podział „kobiece – męskie”, lecz o dwa różne sposoby, w jakie życie przechodzi przez ciało: powoli, cyklicznie, poprzez ciążę, karmienie i choroby; oraz gwałtownie – przez rany, bitwy, nagłe decyzje. W podaniach i zwyczajach:
- kobieta w połogu miała własny zestaw zakazów – dotykania określonych narzędzi, uczestniczenia w niektórych pracach – bo jej „otwarte” ciało znajdowało się w szczególnej relacji z Mokoszą,
- wojownik po powrocie z wyprawy wojennej bywał „oczyszczany” – obmywany, przeprowadzany przez dym ognia, czasem izolowany, zanim znów wszedł w rytm codziennych prac.
To są dwie strony tej samej troski: jak wprowadzić z powrotem do wspólnoty kogoś, kto był bardzo blisko sił skrajnych – czy to rodzenia, czy zabijania. W jednym przypadku patronką była głównie Mokosz, w drugim – Perun, choć w praktyce ich domeny się przenikały.
Mokosz i Perun w chrześcijańskim kostiumie
Chrystianizacja nie skasowała od razu starych wyobrażeń, tylko przesunęła je na nowych „adresatów”. To, co kojarzymy dziś z kultem Matki Boskiej i konkretnych świętych, dla wielu badaczy jest kontynuacją dawnego napięcia Mokosz–Perun w przebraniach akceptowanych przez Kościół.
Na poziomie praktyk wyglądało to mniej więcej tak:
- funkcje Mokoszy przechodziły stopniowo na:
- Maryję – szczególnie w wizerunkach opiekunki rolników, matek, karmiącej, osłaniającej płaszczem,
- lokalne „święte od deszczu i urodzaju” – często związane z kapliczkami przy źródłach, strumieniach, na rozstajach,
- święte patronujące kobietom w ciąży, tkaczkom, prządkom, położnym.
- funkcje Peruna rzutowano na:
- świętych „od burzy” – jak św. Eliasz, św. Jerzy, św. Michał,
- świętych wojowników – św. Jerzego, św. Floriana, św. Marcina,
- samego Boga Ojca – przedstawianego w ikonografii z błyskawicą, ogniem, na chmurach.
Ludzie wsi modlili się więc formalnie do postaci chrześcijańskich, ale schemat myślenia pozostawał podobny: do „naszej Pani” idzie się z prośbą o mleko, zdrowie dzieci, deszcz w odpowiednim momencie, a do „naszego świętego gromowładnego” – w sprawach wojny, chorób, burz, sporów sąsiedzkich.
Tu właśnie widać, jak głęboko zakorzenione było pierwotne doświadczenie: jeśli obraz można tak łatwo „przebranżowić”, to znaczy, że najważniejszy był nie sam mit, lecz praktyczny układ relacji: kto pomaga przetrwać codzienność, a kto trzyma w ryzach sytuacje graniczne.
Bez romantyzowania: co tracimy, wygładzając stare bóstwa
Współczesna duchowość chętnie wygładza ostre krawędzie. Mokosz staje się uduchowioną „boginią kobiecości” w pastelowych barwach, Perun – archetypem „zdrowej męskości”, która już nikogo nie rani i zawsze jest asertywna, nigdy agresywna. Taki obraz bywa atrakcyjny, ale często jest bardziej projekcją współczesnych potrzeb niż rekonstrukcją dawnych wyobrażeń.
Wygładzając te postacie, tracimy kilka rzeczy:
- kontakt z realnym lękiem dawnych ludzi – przed śmiercią w połogu, przed głodem po nieudanych zbiorach, przed napadem sąsiadów,
- świadomość ceny przetrwania – że urodzaj wymagał pracy aż do bólu, a „sprawiedliwość” często oznaczała przemoc, nie metaforyczny rozwój osobisty,
- narzędzie do pracy z własnym cieniem – bo Mokosz i Perun w pierwotnych wyobrażeniach nie są figurami „tylko dobrymi” ani „tylko złymi”.
Dla praktyka duchowości oznacza to wybór: czy używać imion starych bóstw do nazywania współczesnych, delikatnych archetypów, czy raczej zmierzyć się z ich pierwotną brutalnością, wiedząc, że będzie w tym niewygoda, chaos i rzeczy, które trudno nazwać „rozwojem”.
Jak pracować z tym dziedzictwem bez mitologicznego cukru
Jeżeli ktoś faktycznie chce nawiązywać do Mokoszy i Peruna w osobistej praktyce, potrzebuje narzędzi, które nie udają, że mieszkamy w sielankowej wiosce bez przemocy i chorób. Kilka prostych kierunków bywa przydatnych.
W pracy z polem Mokoszy pomocne bywa:
- konkretne zaangażowanie w materię – ogród, przetwórstwo żywności, szycie, naprawianie ubrań zamiast ciągłego kupowania nowych,
- oswajanie cielesności – praca z cyklem menstruacyjnym, ciążą, menopauzą, starzeniem; nie jako „tajemniczym rytuałem bogini”, lecz jako fizjologią, która może boleć, brudzić i wymagać opieki,
- kontakt z ziemią i wodą – nie tylko w formie estetycznych spacerów, ale też w błocie, deszczu, przy realnym zmęczeniu.
W relacji z polem Peruna bardziej uczciwe niż romantyczne wizje „wojownika światła” bywa:
- przyglądanie się własnej agresji – temu, jak w myślach rozprawiamy się z „wrogami”, jak marzymy o zemście, jak używamy słów jak broni,
- praca z konfliktem – uczenie się rozwiązywania sporów, stawiania granic, ale też rozpoznawania, kiedy „lubimy burzę” aż za bardzo,
- spotkanie z gwałtownością natury – burze, wichury, ekstremalne zjawiska pogodowe jako przypomnienie, że człowiek nie jest panem wszystkiego.
Prosty przykład z życia: ktoś, kto deklaruje kult Mokoszy, może w praktyce zacząć od doprowadzenia własnej kuchni i spiżarni do stanu, w którym faktycznie służą karmieniu ludzi, a nie tylko gromadzeniu „spiritual food” na zdjęcia. Kto czuje związek z Perunem, zamiast kupować kolejną ozdobną siekierkę, może pójść na terapię gniewu lub nauczyć się realnej samoobrony – tak, by agresja miała formę, a nie tylko fantazję.
Praktyczne mosty: między pamięcią rodu a współczesnym miastem
Większość dzisiejszych mieszkańców Polski i regionu nie żyje już w świecie drewnianych chat, prząśnic i otwartych pól. Mieszkania w blokach, praca przy komputerze, jedzenie z supermarketu – to wszystko utrudnia bezpośrednie „przeniesienie” dawnych wyobrażeń. A jednak echo Mokoszy i Peruna potrafi wracać w bardzo przyziemnych sytuacjach.
Można spotkać ludzi, którzy:
- w upale instynktownie mówią o „gniewie nieba”, choć znają prognozę pogody i klimatologię,
- przy nagłej chorobie dziecka sięgają po symbolikę „opiekunki matek”, choć formalnie deklarują się jako niewierzący,
- przed poważnym konfliktem prawnym czują potrzebę „zrobienia czegoś z energią gniewu”, zanim wejdą na salę sądową.
W takich momentach stare figury – Mokosz, Perun – mogą służyć bardziej jako język niż jako „istoty nadprzyrodzone”. Język, który pozwala nazwać to, że boimy się o ciało, dom, dzieci, relacje, że w nas samych ścierają się wilgoć i ogień, miękka troska i bezwzględna decyzja.
Zamiast idealizować przeszłość, można spróbować zrobić coś odwrotnego: pozwolić, by surowość dawnych podań odsłoniła, jak bardzo współczesny świat wciąż obraca się wokół tych samych osi – tylko narzędzia są inne. Zamiast pioruna mamy zwarcie instalacji. Zamiast połogu w dymnej chacie – szpital z neonami. Zamiast wyprawy wojennej – rozwód, proces, zwolnienie z pracy. Napięcie pomiędzy Mokoszą a Perunem wcale nie zniknęło; zmieniło tylko scenografię.
Pamięć ciała: gdzie Mokosz i Perun siedzą w odruchach
Warstwa mitów bywa głośna, ale o tym, jak głęboko coś sięga, najlepiej świadczą odruchy. Ciało reaguje szybciej niż ideologia; dopiero potem dopisujemy historie. Napięcie mokre–suche, miękkie–twarde, stawiające granicę–podtrzymujące życie wraca w banalnych gestach.
Widać to chociażby w tym, jak ludzie przeżywają:
- nagły wyciek, rozlanie, zalanie – pęknięta rura, zalany laptop, kapiący sufit. Reakcja bywa zaskakująco emocjonalna, jakby woda uderzała w poczucie bezpieczeństwa domu,
- iskrę, zwarcie, krzyk – huk petardy, nagłe trzaśnięcie drzwiami, wybuch gniewu bliskiej osoby. Coś w nas kurczy się dokładnie tak, jak kurczyło się przy pierwszej burzy przeżytej w drewnianej chacie.
Teksty źródłowe rzadko opisują emocje wprost, ale opisują rytuały. A rytuał to nic innego jak utrwalona odpowiedź ciała i wspólnoty na powtarzające się napięcie. Mokosz „siedzi” w tym, jak przyklejamy wiadro pod przeciek i natychmiast organizujemy zastępstwo na opiekę nad dzieckiem. Perun – w tym, jak w ułamku sekundy napinamy barki, zanim jeszcze uświadomimy sobie, że ktoś na nas krzyczy.
Jeśli ktoś szuka kontaktu z dawnym dziedzictwem, często zaczyna od książek i symboli. A tymczasem pierwszym materiałem jest to, co i tak się dzieje: jak traktujemy mokre i brudne, jak reagujemy na nagły hałas, jak szybko sięgamy po „uderzenie” – słowem, maila, gestem – kiedy czujemy się zagrożeni.
Granica i przepuszczalność: wspólna oś Mokoszy i Peruna
Czasem próbuje się dzielić te figury na „tę od troski” i „tego od przemocy”. W praktyce oboje byli strażnikami granic – tylko na innych polach. Mokosz pilnowała, co i jak przechodzi przez ciało, dom, tkaninę życia; Perun – co przechodzi przez linię pola, miedzę, słowo przysięgi.
Granica u Mokoszy jest półprzepuszczalna. Skóra nie jest murem, tylko błoną: przepuszcza mleko, pot, łzy, krew. Ziemia przyjmuje nasienie, gnój, ciało zmarłego, a oddaje plon. Granica u Peruna bywa cięciem. Miedza, której nie wolno przesunąć. Słup graniczny, którego nie wolno zburzyć. Przysięga, której złamanie ściąga „grom z jasnego nieba”.
W dawnych wyobrażeniach dobry dom potrzebował obu tych jakości. Bez mokrej, miękkiej, zapraszającej strony – nie byłoby jedzenia, dzieci, wzajemnej pomocy. Bez twardej, odcinającej – wszystko rozlałoby się w chaosie, a najsilniejszy brałby, co chce, bez żadnego sprzeciwu.
Dzisiejsze problemy relacyjne często krążą wokół tego samego: jedni są zbyt „mokoszowi” – gotowi przyjąć wszystko, wyjaśnić, zrozumieć, aż do wyczerpania. Inni – zbyt „perunowi” – odruchowo odcinają, grożą, pozywają do sądu, zanim w ogóle spróbują rozmowy. Kiedy stare figury potraktuje się jak lustra, widać, która część własnej granicy jest niedorobiona.
Mokosz w miejskiej klatce schodowej
Mokosz kojarzy się z polem, zbożem, lnianą płachtą. Tymczasem większość mieszka na kilku metrach kwadratowych, a ziemię widzi głównie w doniczkach. To nie przekreśla kontaktu z „mokrym polem” – tylko przenosi go w inne miejsce.
Codziennie można obserwować jej echo tam, gdzie:
- opiekujemy się przestrzenią wspólną – ktoś, kto myje schody „bo inaczej nikt nie zrobi”, wchodzi w rolę, którą dawniej pełniły kobiety pielęgnujące palenisko i obejście,
- organizujemy jedzenie – planowanie posiłków, robienie zapasów, dzielenie się z sąsiadką słoikiem zupy, gdy jest po szpitalu, to współczesne warianty troski o przeżycie zimy,
- dbamy o „miękką infrastrukturę” – kartka na klatce: „dziecko chore, proszę nie hałasować”, to małe zaklęcie ochronne, próbujące osłonić wrażliwe ciało przed zbyt ostrym światem.
W takim ujęciu „kult Mokoszy” to nie tylko świece na ołtarzyku, lecz także uporczywe sprzątanie po innych, kiedy reszta wspólnoty ma to gdzieś. I tu pojawia się trudne pytanie: gdzie kończy się troska, a zaczyna wykorzystywanie? Dawne zwyczaje znały mechanizmy równoważenia: wspólne prace, wymianę darów, rytuały wdzięczności. Bez tego Mokosz degeneruje się w wyczerpaną matkę, która wszystko znosi, ale nikt jej nie chroni.
Świadoma praca z tym polem w mieście może oznaczać na przykład:
- ograniczenie liczby „opiekuńczych obowiązków”, jeśli nikt nie chce ich współtworzyć,
- łagodne, ale stanowcze mówienie „nie” kolejnym prośbom, za które nie ma wzajemności,
- tworzenie małych, realnych „kręgów wsparcia” – choćby dwóch–trzech osób, które pilnują się nawzajem, by nie utonąć w roli nieopłaconej opiekunki całego świata.
Perun w open space’ie
Perun dawno przestał latać nad lasem z piorunem w dłoni. Dziś częściej siedzi w mailu z nagłówkiem „Pilne!!!” albo w komunikacie o reorganizacji działu. Pole „gromowładne” przesunęło się z nieba do struktur władzy, algorytmów, przepisów.
Widać je szczególnie tam, gdzie:
- ludzie boją się nagłego ciosu z góry – informacja o zwolnieniach, zmiana grafiku bez uprzedzenia, nowe procedury ogłoszone tonem, który nie zostawia miejsca na negocjacje,
- konflikt rozwiązuje się eskalacją – zamiast rozmowy: od razu skarga, pozew, wezwanie policji,
- decyzja ma charakter „wyroku” – ktoś jeden podpisuje dokument, który zmienia życie wielu osób, a oni mogą jedynie reagować.
Praca z tym polem nie musi oznaczać „stania się wojownikiem” w sensie popkulturowym. Czasem bardziej uczciwe jest uznanie, jak bardzo przeraża nas cudza władza i jak bardzo chcielibyśmy mieć własną „błyskawicę”, by ją zneutralizować. Z takiej szczerości można wyprowadzić konkrety:
- zamiast fantazjować o „zemście na szefie”, szukać realnych narzędzi wpływu – związku zawodowego, mediacji, zmiany pracy,
- zamiast w myślach „palić burakiem” sąsiada, który hałasuje – nauczyć się formułować prośby i ultimata tak, by były zrozumiałe i miały konsekwencje.
Perun w zdrowej formie nie jest wiecznym sztormem, lecz możliwością powiedzenia „dość” w sposób, który naprawdę coś zmienia. Jeśli cały gniew zostaje w fantazjach, a w realu zamienia się w bierność, pole gromu tłucze po głowie od środka.
Między rytuałem a higieną psychiczną
Gdy stare wyobrażenia spotykają się ze współczesną psychologią, łatwo popaść w skrajność: albo „odrzucić zabobony”, albo każdą emocję opisywać w kategoriach „gniewu Peruna” czy „łez Mokoszy”. Tymczasem połączenie bywa użyteczne, o ile nie udaje się, że jedno zastąpi drugie.
Niekiedy drobne, „pogańskie” gesty działają jak forma higieny psychicznej:
- ktoś, kto czuje narastający gniew, wychodzi podczas burzy na balkon i pozwala sobie sycić się widokiem piorunów, zamiast w tym czasie pisać kolejne agresywne komentarze w sieci,
- ktoś po trudnym porodzie bierze pierwszy spokojny prysznic, traktując go jak rytuał przejścia – od ciała „rozerwanego” do ciała, które znów jest „swoje”.
Nie trzeba wierzyć w literalne bóstwa, żeby takie momenty potraktować poważnie. Symbolika pomaga nadać im ciężar, którego często brakuje w czysto medycznym czy administracyjnym podejściu. Z drugiej strony, same rytuały bez wsparcia systemowego (opieki zdrowotnej, psychoterapii, prawa pracy) mogą stać się usprawiedliwieniem bierności: „odprawię obrzęd zamiast zadzwonić po pomoc”.
Dojrzałe korzystanie z dziedzictwa słowiańskiego polega raczej na tym, by pozwolić językowi mitów pracować obok współczesnych narzędzi, a nie przeciw nim. „Perun” może być nazwą dla tej części mnie, która wreszcie zgłasza mobbing. „Mokosz” – dla tej, która nie wstydzi się zmęczenia, lęku, wyczerpania po porodzie i szuka konkretnego wsparcia, zamiast udawać „boginię płodności” z folderu.
Rodowe echa: między legendą babki a realnym doświadczeniem
Często pierwszym kontaktem z „dawną wiarą” nie są książki naukowe, tylko rodzinne opowieści. Babka, która „wiedziała kiedy siać, bo czuła w kościach”. Dziadek, który „rozmawiał z burzą” i palił świecę przy oknie, gdy grzmiało. Te historie bywają z czasem upiększane, ale niosą ślad realnych praktyk.
W pracy z takim materiałem przydaje się podwójne spojrzenie:
- poziom faktów – co faktycznie robiono? jakie gesty, zakazy, modlitwy, przyzwyczajenia powtarzały się w domu? to jest warstwa etnograficzna,
- poziom znaczeń – co to robiło z ludźmi? czy dzięki temu czuli się bezpieczniej, bardziej wspólnotowo, czy wręcz przeciwnie – zastraszeni, kontrolowani?
Bywa, że ktoś odkrywa w sobie silny rezonans z figurą Mokoszy, po czym zauważa, że w jego rodzinie kobiety od pokoleń „nosiły” cały dom na barkach, bez wsparcia mężczyzn. Wtedy pytanie nie brzmi: „jak czcić boginię”, tylko: „jak nie powtórzyć wzorca poświęcania się aż po chorobę”. Podobnie przy Perunie – fascynacja „siłą przodków wojowników” może w praktyce oznaczać oswojenie z przemocą domową, która w rodzie była normą.
Tu zaczyna się praca, która nie jest ani romantyczna, ani łatwa: przesiać to, co żywe, od tego, co destrukcyjne. Zostawić odwagę, umiejętność szybkiej decyzji, troskę o plon i ciało. Odrzucić przekonanie, że silniejszy ma zawsze rację, a kobieta „musi wytrzymać”. Mitologia daje język, ale to współczesna świadomość podpowiada, gdzie postawić nowe granice.
Kiedy odpuścić: cisza zamiast przywoływania bóstw
W świecie przesyconym symbolami kusi, by na każdą sytuację znaleźć odpowiednią figurę. Tymczasem jednym z najbardziej radykalnych gestów bywa nieprzywoływanie niczego. Nie każda burza wymaga „zwrócenia się do Peruna”, nie każda menstruacja – „rytuału Mokoszy”.
Czasami rozsądniej jest:
- po prostu wyłączyć telefon i przesiedzieć burzę w milczeniu, zamiast dopisywać jej znaczenie,
- po prostu położyć się z termoforem, zamiast organizować performans „świętego krwawienia”.
Takie odpuszczenie bywa próbą zaufania, że życie toczy się także poza naszym pragnieniem nadawania mu sensu. W pewnym sensie to powrót do pierwotnej pokory wobec sił większych od człowieka – tylko że dziś tą „siłą większą” może być też zwykła fizjologia, układ nerwowy, cykl hormonalny.
W tej ciszy nadal obecne jest napięcie między mokrym a suchym, ciepłym a gorącym, miękkim a twardym. Nie trzeba go od razu nazywać. Czasem wystarczy je poczuć w ciele, uznać i pozwolić, by samo pokazało, czy bliżej nam w danej chwili do ręki, która podaje miskę zupy, czy do tej, która stawia granicę. Mokosz i Perun wtedy nie znikają – schodzą z piedestału w sferę zwykłego dnia, gdzie od zawsze mieli najwięcej do powiedzenia.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Kim była Mokosz w wierzeniach Słowian i za co odpowiadała?
Mokosz była jedną z najważniejszych bogiń w panteonie słowiańskim, kojarzoną z wilgocią, ziemią, płodnością i codzienną pracą kobiet. Jej imię wiąże się z rdzeniem „mok-”, czyli tym, co mokre i wilgotne – deszczem, wilgotną glebą, ale też ciałem i krwią.
W praktyce dawnych Słowian Mokosz opiekowała się tym, co umożliwia przetrwanie: plonami, zapasami, porodami, przędzeniem, tkaniem i „brudną robotą” codzienności. Nie była wyłącznie czułą „wielką matką”, ale także uosobieniem ryzyka związanego z chorobą, poronieniem, pleśnią na zbożu czy porodem bez medycyny.
Jakie były główne funkcje Peruna w słowiańskiej mitologii?
Perun to przede wszystkim bóg burzy, piorunów i wojny, ale też strażnik porządku i przysięgi. W świecie bez sądów i państwa w dzisiejszym sensie pełnił rolę kosmicznego sędziego – tego, który karze krzywoprzysięstwo, zdradę i „wychylanie się” poza przyjęty porządek.
Dla ludzi żyjących w drewnianych chatach Perun był też bardzo konkretnym zagrożeniem: piorun mógł spalić dom, stodołę, zabić bydło. Stąd liczne zakazy i nakazy związane z burzą, tłumaczone jako „nieprowokowanie gromu”, a w praktyce będące ochroną przed skutkami wyładowań atmosferycznych.
Na czym polega związek Mokoszy z przędzeniem i pracą kobiet?
Mokosz była patronką prządek, tkaczek i wszystkich kobiecych zajęć związanych z włóknem: przędzeniem, tkaniem, szyciem, naprawą odzieży. W dawnym społeczeństwie rolniczym to nie była „artystyczna pasja”, tylko fundament przetrwania – bez nici i tkanin nie było czym okryć ciała przed zimnem.
Z kultem Mokoszy wiązano m.in. zakazy pracy w określone dni (żeby jej „nie urazić”), składanie symbolicznych ofiar z nici i wstążek przy źródłach czy drzewach oraz silne łączenie motywu nici z ludzkim losem. Przerwana nić oznaczała nie tylko metafizyczny „koniec losu”, ale i bardzo realny brak ubrania na zimę.
Jak Słowianie rozumieli piorun i burzę w kontekście kultu Peruna?
Piorun postrzegano jako bezpośrednią interwencję boską – wyrok Peruna. Uderzenie gromu mogło być odczytywane jako kara za poważne przewinienie (np. krzywoprzysięstwo), znak walki boga z siłami chaosu (wężami, smokami, demonami) albo sposób „oczyszczenia” miejsca uznanego za skażone.
Stąd liczne praktyki: unikanie samotnych drzew (wyjaśniane „upodobaniem Peruna do dębów”), gaszenie ognia i zachowywanie ciszy w czasie nawałnicy, ostrożność z żelaznymi przedmiotami. To wszystko spinała opowieść o bogu gromu, choć w tle działała też praktyczna obserwacja natury.
Czym różni się historyczne spojrzenie na Mokosz i Peruna od współczesnej „słowiańskiej duchowości” z internetu?
Historyczne, „odbrązowione” spojrzenie pokazuje Mokosz i Peruna jako bóstwa głęboko związane z przetrwaniem: plonami, wojną, chorobą, pożarem, porodem, głodem. To duchowość wyrastająca z błota, dymu i realnego lęku przed utratą dachu nad głową czy śmiercią dziecka.
Współczesne, instagramowe ujęcia często redukują te postacie do estetycznych symboli „boskiej kobiecości” i „mocy wojownika”, odcinając je od niewygodnych tematów: krwi, pracy ponad siły, ryzyka śmierci w połogu, katastrofalnych burz. Artykuł podkreśla, że zrozumienie tych bogów wymaga powrotu do surowego kontekstu życia dawnych Słowian.
Jak praktycznie przejawiał się kult Mokoszy i Peruna w codziennym życiu Słowian?
Kult tych bóstw nie był „dodatkiem” do życia, lecz jego narzędziem. Modlitwy, ofiary, zaklęcia, święta i zakazy miały bardzo konkretny cel: zapewnić deszcz we właściwym momencie, ochronić przed pożarem i wojną, zadbać o płodność ludzi, zwierząt i ziemi.
W praktyce przybierało to formę:
- ofiar składanych przy świętych drzewach, źródłach, kamieniach,
- przestrzegania dni „wolnych od przędzenia” lub innych prac, by nie naruszyć opieki Mokoszy,
- przysiąg „na Peruna”, których złamanie groziło boską karą,
- codziennych gestów ochronnych – splunięć, wiązania wstążek, zakazów słów w „złych momentach”.
To był system negocjacji z siłami wyższymi, podporządkowany jednemu celowi: przeżyć kolejny rok.
Czy Mokosz i Perun byli dla Słowian bardziej łagodni, czy groźni?
Obie postacie łączy ambiwalencja: są jednocześnie opiekunem i zagrożeniem. Mokosz daje urodzaj, ale też pleśń i bagna, które mogą zabić. Perun broni porządku i wspólnoty, ale jego gniew może spalić dom lub zabić człowieka bez ostrzeżenia.
W świadomości dawnych Słowian nie byli to „milusińscy opiekunowie”, tylko potężni partnerzy w nieustannej grze o przetrwanie. Relacja z nimi opierała się na szacunku, lęku i praktyce – a nie na słodkiej, romantycznej idealizacji.
Najważniejsze lekcje
- Duchowość dawnych Słowian była ściśle związana z codziennym przetrwaniem – z pracą fizyczną, ryzykiem głodu, chorób i klęsk żywiołowych, a nie z abstrakcyjną „magią” czy romantyczną estetyką.
- Kult Mokoszy i Peruna pełnił funkcję praktycznego narzędzia negocjowania z siłami natury o deszcz, urodzaj, płodność i bezpieczeństwo – rytuały i ofiary miały konkretny, życiowy cel.
- Mokosz uosabia wilgoć i miękkość jako warunek życia (ziemia, ciało, materiały do pracy), ale też ryzyko z nimi związane – od pleśni na zbożu po niebezpieczeństwa porodu i chorób.
- Jako patronka pracy kobiecej Mokosz związana jest z przędzeniem, tkaniem i „brudną robotą” domową, od której zależało przeżycie rodziny; magia nici łączy się tu bezpośrednio z logistyką codziennego bytu.
- Płodność w tradycji słowiańskiej nie jest idealizowana – to twarda walka o przetrwanie rodu w warunkach wysokiej śmiertelności, dlatego kult Mokoszy obejmuje także krew, chorobę, poronienia i starzenie się.
- Perun, jako bóg burzy i wojny, jest nie tylko „władcą piorunów”, lecz także strażnikiem porządku społecznego i przysiąg, w świecie pozbawionym instytucji państwowych i technicznych zabezpieczeń przed żywiołem.






